30 grudnia 2009

Malcolm Gladwell - "Błysk !"


Autor: Malcolm Gladwell
Tytuł:"Błysk! Potęga przeczucia"
Ilość stron: 219


Zapewne każdemu z nas przytrafia wielokrotnie się owy „błysk” , krótki impuls wpływający na nasze decyzje oraz działania. Bardzo często jednak nie potrafimy wytłumaczyć czemu postąpiliśmy w danej sytuacji tak a nie inaczej. Nie mając logicznych argumentów, powołujemy się więc na przeczucie lub też intuicję. Autor „Błysku!” Malcolm Gladwell stara jednak udowodnić, że zamiast słowa „intuicja”, która zakłada brak logiki i racjonalności, o wiele lepszym, w przypadku podejmowania szybkich decyzji jest zwrot „natychmiastowe poznanie”. O tym jak bardzo przydatnym ale równie niebezpiecznym narzędziem naszego umysłu jest owo „natychmiastowe poznanie” opowiada w swojej książce „Błysk! Potęga przeczucia”.

Wydana po raz pierwszy w 2005 roku, przyniosła autorowi niekwestionowany sukces, stale utrzymując się na liście bestellerów USA. W ramach serii „Punkty przełomowe” została wydana przez wydawnictwo Znak już po raz drugi, tym razem w nowej szacie graficznej. Książka wypełniona jest, jak inne publikacje pana Gladwella, nie suchą teorią a sporym ładunkiem przykładów zaczerpniętych z codziennych sytuacji, dokonanych przez autora obserwacji i wyciąganych na ich podstawie wniosków.

Jak sam autor przyznaje, przyczyną napisania książki stał się fakt, że zapuścił włosy. I nie chodzi bynajmniej o fakt, że wraz z włosami, wyrosły z głowy Malcolma nowe pomysły i idee. Stało się wręcz coś przeciwnego, zmiany objawiły się w częstszych zatrzymaniach przez policję, dokładniejszych kontrolach na lotniskach, zupełnie innym, gorszym podejściem ludzi do jego osoby.

Jest to jeden z punktów wyjściowych rozważań autora, dotyczących wyrabiania sobie zdania na temat drugiego człowieka, książki czy wydarzenia w przeciągu kilku sekund.
Przy pomocy stworzonej przez siebie teorii „cienkich plasterków” , czyli krojenia swojego doświadczenia ( oceny treści, tonacji głosu, mimiki twarzy), nie musimy poznawać kogoś miesiącami, aby poznać w pełni jego charakter. Za przykład podaje Malcolm eksperyment z parami małżeńskimi, gdzie na podstawie trzyminutowej rozmowy można przewidzieć czy związek ma szanse na długi staż.

Złą stroną „cienkich plasterków” są jednak siedzące w każdym z nas stereotypy i uprzedzenia. Na podstawie załączonych do książki testów skojarzeń, sami możemy się przekonać, że nawet jeśli się tego wypieramy, myślimy schematycznie. Przykładem jest stosunek ludzi do amerykanów pochodzenia europejskiego oraz afrykańskiego.

Ciekawym przykładem potęgi przeczucia jaki podaje Gladwell jest współpraca między członkami teatru improwizacji, gdzie spontaniczność i podejmowanie szybkich decyzji bez jakiegokolwiek scenariusza to cała sztuka prowadzonych na scenie dialogów. Aktorzy teatru improwizacji zaznaczają jednak, że spontaniczność nie jest przypadkowa, ale podobnie jak gra w koszykówkę, wymaga wielogodzinnych treningów. Mając takie zaplecze, można później przy podejmowaniu błyskawicznych decyzji polegać już jedynie na swoim wyczuciu.

W książce przeczytać możemy także o trudnej sztuce czytania w myślach drugiej osoby. Niejednokrotnie jednak, zły odyczyt prowadził do tragedii, głównie w czasie policyjnych pościgów i akcji z użyciem broni. Czytanie w myślach wiąże się nierozerwalnie z mimiką twarzy, która zawsze wyraża wszelkie nasze emocje, sztuką jest jednak dokonanie ich odpowiedniej interpretacji. Dopiero poprzez analizę każdego najdrobniejszego mięśnia twarzy, a nie tylko na podstawie całości wyrazu, możemy wyczytywać prawdziwe uczucia drugiej osoby.

Przesłaniem jakie chciał przekazań swoim czytelnikom Malcolm Gladwell poprzez swoją książkę jest niewątpliwie fakt, że przy podejmowaniu wielu decyzji powinnimy zdecydowanianie bardziej ufać naszym odczuciom, intuicyjnym, niewerbalnym sygnałom, które niejednokrotnie są lepszym doradcą niż zbyt wnikliwa analiza. Nie są one bowiem tak zupełnie pozbawione logiki i sensu. „Błysk!” , podobnie jak pozostałe książki Malcolma Gladwella napisany jest prosto ale i ciekawie, a przytaczane przez autora niebanalne przykłady, jak zawsze wciągają i niejednokrotnie, bardzo zaskakują.

22 grudnia 2009

Monika Sawicka - "7 kolorów tęczy"


Autor: Monika Sawicka
Tytuł: "7 kolorów tęczy"
Ilość stron: 458


Jak można przeczytać na okładce książki „7 kolorów tęczy” , każdy czytelnik jest dla autorki całym światem i właśnie dlatego otrzymuje od niej prezent w postaci napisanej przez nią książki. Po skończeniu lektury powinien ujrzeć świat we wszystkich kolorach tęczy, odważnie kroczyć przez życie, wierzyć w moc miłości, potęgę pozytywnego myślenia, brać życie takim jakie jest, w końcu nie od dziś wiemy, że „nie jest lepsze ani gorsze od naszych marzeń, jest po prostu inne”. Piękne zapewnienia, piękna okładka, nawet obrazki w środku książki wydają się sympatyczne, ale niestety, dostrzec w rzeczy najważniejszej, a więc samej treści coś głębszego, to zgoła trudne zadanie.

Fabuła książki, wręcz niezdrowo przeładowana cytatami, przypisami z adresami stron internetowych, blogów, a nawet portalu ściąga.pl ( ! ), pomimo swojej lekkości i dobrych intencji samej autorki, staje się z każdą stroną coraz bardziej irytująca. Wciąż nasuwało mi się pytanie, ile w tej książce jest tak naprawdę treści napisanej przez samą autorkę ? No i niestety, bardzo niewiele. Niestety, bo gdyby wziąć pod uwagę właśnie te fragmenty i jedynie z nich stworzyć opowieść, to chociaż ckliwa, z pewnością mogłaby pokrzepić nie jedno, kobiece serce.

Historie dwóch kobiet poszukujących miłości i szczęścia, Hanki i Mariji, prowadzone są równolegle, wątki przeplatają się, by po kolei odsłaniać przed czytelnikiem kolejne fakty z życia obu pań. Hanka, żyjąca jedynie z córką Tolą, kobieta z ciężkim bagażem doświadczeń, nawiązuje tajemniczą relację z nieznajomym z Internetu. Mężczyzna powoli staje się powiernikiem jej uczuć, leków i myśli, by w końcu wkroczyć do jej życia w żywej postaci. Wkracza, by z marszu, na pierwszym spotkaniu wyłożyć Hance fragmenty z książki „Siedem duchowym praw sukcesu, żyć godnie i w dostatku. Podstawowe prawa obfitości i bogactwa.” D. Chopra. Druga z kobiet, Marija, poznaje na wakacjach miłość swojego życia, niestety miłość posiadająca żonę oraz dzieci. Rozmowy z przyjaciółką Ąśką, momentami zabawne i błyskotliwe, po raz kolejny zaburzone zostają sztucznymi dialogami na temat afirmacji oraz wykładami na temat chemii mózgu. Jedyną pozytywną rzeczą jest zakończenie książki, które pomimo lekkiej banalności, w pewien sposób zaskakuje.

Nie trudno oprzeć się wrażeniu, że ulubionym pisarzem Moniki Sawickiej jest Paulo Coelho a cała książką utrzymana jest w podobnym, charakterystycznym dla brazylijskiego pisarza, klimacie. Z kolei odwoływania się do dziedzin chemii oraz biologii, wplecione w rozważania na temat motywacji ludzkich działań, przywołują na myśl twórczość Janusza Wiśniewskiego. O ile pierwszego z nich omijam szerokim łukiem, a drugiego dążę odrobiną sympatii, o tyle mieszanka w wykonaniu Moniki Sawickiej, zupełnie do mnie nie trafiła. Może trafi do kogoś, kto odnajduje motywację w kilku banalnych prawdach (w końcu nie raz zdarza nam się o nich po prostu zapominać ) lub jakimś trafem jeszcze o nich nie słyszał ;).

Prezent w postaci książki został mi podarowany przez wydawnictwo „Magia słów”.
Niestety, nie był trafiony ( no, ale jak to bywa z prezentami - nie każdy przecież musi być ;) )

.

5 grudnia 2009

Stanisław Karolewski - "W piaskownicy światów"


Autor: Stanisław Karolewski
Tytuł:"W piaskownicy światów"
Ilość stron : 200


Debiutancka powieść Stanisława Karolewskiego to zarówno przeniknięty sentymentalizmem obraz Wrocławia, jak i spacer po labiryncie równolegle istniejących światów, wykreowanych w umyśle samego autora. Wspomnienia głównego bohatera mieszają się na kartach powieści z rzeczywistością, sprawiając, że podążając uliczkami miasta, nie raz podążamy za wyobraźnią autora, schodząc w podziemia jego umysłu.

Piękny Wrocław, Michał oraz dwie kobiety, Alicja i Julia to główne tematy powieści. Wyruszając na spacer ulicami miasta, dowiadujemy się o uczuciach Michała zarówno do jednej jaki drugiej kobiety, tych minionych i tych wciąż żywych. Wspomnienia czasami męczą, by później ukoić i uspokoić serce naszego bohatera. Odwiedza on wrocławskie bary, galerie, targi książki, wszystkie miejsca pobudzają go do refleksji i chwilowej zadumy.

Całość powieści utrzymana jest w melancholijnej, baśniowej atmosferze, momentami trochę ciężkiej i przytłaczającej. Snute przez narratora wspomnienia nie mają swojej chronologii, całość pozbawiona jest konkretnej fabuły. Oderwanie od realności sprawia, że czasem ciężko się odnaleźć w tym labiryncie myśli, znaleźć jakiś punkt zaczepienia. Można się domyślać, na swój sposób utożsamiać, jednak niekiedy ciężko zrozumieć co ‘autor miał na myśli’.

Podobał mi się jednak język powieści. Wiele odwołań do współczesnej, masowej kultury opatrzonych błyskotliwymi komentarzami, jak i partie traktujące o życiu i miłości ubrane w metaforyczne słowa. Bardzo ciepło i z wielkim zaangażowaniem opowiada także narrator o swoim uwielbieniu do Julii, o zachwycie nad każdym detalem jej ciała i osobowości.

I na koniec dwa cytaty, które zaznaczyłam w czasie lektury książki :

„A myślałem o niej nieustannie, wybierałem kamień. Gdy mój wzrok odszukał odpowiedni kształt, otaczałem go pięścią, ważąc go, wmyślając się w każdą chropowatość i odcisk na mojej skórze po to, by cisnąć go w wodę. Przyglądałem się potem okrągłym falom, znaczącym wieczny spoczynek w głębinie, daleko pod nimi. Rzuciłem na Ciebie kamień w wodę.”

Nas cechowała niewiara w przeciętność i codzienność. Za każdym razem, gdy odkręcaliśmy tubkę, nie byliśmy pewni czy wewnątrz znajdziemy pastę, a nie dziurę lub fortepian z żółtego sera.”

.

21 listopada 2009

Alona Kimchi - "Płacząca Zuzanna"

Autor : Alona Kimchi
Tytuł: "Płacząca Zuzanna"
Ilość stron: 404

Ambiwalentne są moje odczucia po lekturze książki„Płacząca Zuzanna” Alony Kimchi.Podobnie zresztą jak postać Suzanny, głównej bohaterki powieści, miotającej się między szarym życiem, w którym trwa, a pragnieniem zmian, na które nie ma odwagi.


Suzanna ma trzydzieści trzy lata i pomimo swojego wieku wciąż mieszka z matką, która poprzez swoją toksyczną miłość, krzywdzi córkę . Suzanna jest odizolowana od społeczeństwa, krępuje ją każdy kontakt z drugim człowiekiem, panicznie boi się świata. Poruszające opisy lęków, strachu przed wszystkim co związane z cielesnością oraz kontaktami międzyludzkimi, nakreślają psychologiczny portret osoby wewnętrznie upośledzonej, jednocześnie zaś bardzo wrażliwej i delikatnej, zdominowanej przez osobę najbliższą, własną matkę.

Gdy do świata Suzanny wkracza niespodziewany Gość, daleki krewny, wspólne życie pod jednym dachem staje się dla dziewczyny niemal życiowym wyzwaniem. Jedynym uczuciem jakie towarzyszy jej w czasie obcowania z nieznajomym, jest chęć natychmiastowego i trwałego zapadnięcia się pod ziemie. Strach przed wspólnymi posiłkami, pójściem do toalety, czy wzięciem wieczornego prysznica to tylko przykłady skutków nadopiekuńczości matki.

„Jakie obrzydliwe, szkaradne jest ludzkie ciało. Wszystko to każe mi nieustannie wracać do myśli o moim własnym ciele przypominającym pasikonika z cienkimi nogami i zgarbionym grzbietem. Ciele, o którego istnieniu i związku ze mną staram się nie pamiętać nawet pod prysznicem, jak gdyby było rzeczą, o którą trzeba od czasu do czasu zadbać tak, jak o robot kuchenny, sedes czy pralkę. Myję je sprawnie i szybko, tłumiąc w zarodku wszelką myśl o nim.”

Nie trudno się domyśleć, że Gość odegra w życiu Suzanny istotną rolę, a początkowy strach i niechęć do mężczyzny z czasem zaniknie, a nawet zamieni się w nieznane do tej pory dziewczynie uczucie. I tu pojawiają się moje pozytywno-negatywne odczucia względem dalszej fabuły. Aby nie zdradzać przebiegu zdarzeń ( bo wbrew pozorom nie są one tak oczywiste ) pozwolę sobie tylko powiedzieć, że jak dla mnie trochę za szybko potoczyły się dalsze losy Suzanny, zbyt dużo się zdarzyło w zbyt krótkim czasie.

Nie wciągnęła mnie „Płacząca Zuzanna” również z innego względu. Mając w pamięci historię „Pianistki” Jelinek Elfriede, która oparta jest na podobnej problematyce, pokazującej skutki toksycznych relacji z własnym rodzicem, postać Suzanny nie zrobiła już na mnie tak dużego wrażenia. Zdecydowanie bardziej wstrząsnęła mną historia bohaterki „Pianistki”.

Odczytałam jednak całą powieść nieco inaczej. Pomimo moich negatywnych uczuć co do przemiany Suzanny, powieść utwierdziła mnie w przekonaniu o tym, że każda osoba, którą spotykamy w naszym życiu czegoś nas uczy, nie pojawia się zupełnie przypadkiem. Bo chociaż Gość jest zwykłym człowiekiem, można spojrzeć na niego jak na dobrego ducha, który zjawił się, by uświadomić Suzannie pewne rzeczy, a przez to już jej samej pomóc wyrwać się z świata w którym tkwi.

I tak ją zapamiętam ;)

.

1 listopada 2009

Elżbieta Tabakowska - "Tłumacząc się z tłumaczenia"

Autor: Elżbieta Tabakowska
Tytuł: "Tłumacząc się z tłumaczenia"
Ilość stron: 160

O tym, jak trudna i czasochłonna jest praca tłumacza, nie trzeba przekonywać chyba nikogo. Dowodem na to, że tłumaczenie tekstu to ciężki kawałek chleba jest także nowa książka Elżbiety Tabakowskiej „Tłumacząc się z tłumaczenia”. Autorka przybliża czytelnikom charakter swojej pracy, pokazując jednocześnie jak wiele uwagi trzeba poświęcić z pozoru łatwemu do przetłumaczenia zdaniu, do ilu źródeł zajrzeć, a przede wszystkim jak wiele rzeczy już wiedzieć, by stworzyć dobry przekład.

Znana przede wszystkim z tłumaczeń książek Normana Daviesa, na przykładzie przekładów dzieł „Powstanie 44” oraz „Wyspy”, pokazuje jak wiele problemów oraz dylematów przysparza tłumaczowi praca nad tekstem. Różnice kulturowe pomiędzy odbiorcami oryginału, a odbiorcami dzieła już przetłumaczonego, różnice między światem rzeczywistym a światem przedstawionym w książce, wreszcie zaś szereg pułapek językowych, czy też słów nie mających swojego odpowiednika w innym języku, to tylko niektóre z wyzwań którym sprostać musi tłumacz.

Ciekawym wydaje się być problem ‘udomowiania’ dzieł, który to przysparza tłumaczom zawsze wiele wątpliwości. Posługując się przykładem książki „Powstanie 44” gdzie wszystkie niemal nazwy miejscowe i nazwy własne zostały przez Normana Daviesa przetłumaczone na język angielski, Tabakowska stawia pytanie o sens i cel takich językowych zabiegów. W wersji anglojęzycznej książki mamy bowiem do czynienia z nazwami dzielnic brzmiących nam zupełnie obco, np. Jolibord (Żoliborz), czy Riverside District (Powiśle). Wszystko zaś po to, aby anglojęzyczny czytelnik mógł rzekomo lepiej utożsamić się z miejscami o których czyta. Rozszyfrowanie angielskich wersji polskich nazw przysporzyło, jak sama tłumaczka przyznaje, zarówno jej jak i redakcji nie lada kłopotu.

Autorka porusza także kwestię dokładności i szczegółowości podawanych informacji oraz stosowania przypisów objaśniających niektóre zagadnienia. Ustosunkowanie się do wiedzy jaką przyszły czytelnik książki posiada lub też nie, a która odgrywa istotną rolę w zrozumieniu czytanego tekstu to również nie lada wyczyn. Inaczej bowiem odczyta tekst „Wysp” przeciętna gospodyni domowa, a inaczej profesor uniwersytetu. Jak więc usatysfakcjonować obojga z nich ? Nie można podać ani za mało, ani za dużo informacji. W pierwszym przypadku czytelnik zareagować może pytaniem „a niby skąd ja to mam wiedzieć ?” , w drugim zaś „czy on mnie bierze za idiotę?”. A złotego środka niestety brak.

W swojej książce Elżbieta Tabakowska pokazuje również przykłady pomyłek, jakie popełniła w czasie swojej pracy, a które z kolei wychwycili czytelnicy jej książek. Przyznaje się do swoich przeoczeń, nikt nie jest przecież nieomylny. Czym jednak jest jeden błąd w obliczu tysiąca przetłumaczonych stron?

Wydaje mi się, że książka może być nie lada gratką dla osób, którym nie jest obca treść książek „Wyspy” oraz „Powstanie 44”. Przy okazji lektury „Tłumacząc się z tłumaczenia” dowiedzieć się można wielu ciekawostek, problemów jakie pojawiały się na kolejnych etapach ich przekładu, szczegółów na które zapewne niewiele osób zwróciło uwagę czytając oba dzieła.

Oczywistym jest, że książka Tabakowskiej to nie poradnik „Jak być dobrym tłumaczem”. To raczej zbiór ciekawych, bo ukrytych jakby za kulisami, szczegółów pracy tłumacza. Pozycja przydatna jednak dla wszystkich, którzy interesują się przekładem lub tez myślą o profesji tłumacza. Jednak uwaga ! Ogrom kunsztowności i odpowiedzialności jaki wyłania się z książki Tabakowskiej, a stanowi chleb powszedni każdego tłumacza, może nie jedną osobę skutecznie przestraszyć ;)

.

18 października 2009

Malcolm Gladwell - "Punkt przełomowy"

Autor: Malcolm Gladwell
Tytuł: "Punkt przełomowy"
Ilość stron: 262

Wciągnęła mnie seria książek „punkty przełomowe” wydawnictwa Znak. Nowe wydanie książki Malcolma Gladwella to kolejny zbiór wielu ciekawostek z dziedziny psychologii, socjologii oraz marketingu. Malcolm Gladwell korzystając z zasobów historii oraz powyższych dziedzin próbuje uchwycić i zobrazować momenty przełomowe, czyli decyzje, zdania, niewielkie zmiany, które przyczyniają się do wybuchów epidemii czy też popularności pewnych marek.

Jak sam autor przyznaje, do napisania „Punktu przełomowego” zachęcił go fenomen poczty pantoflowej, przekazu ustnego, który obecnie staje się niemal głównym, bo najefektywniejszym źródłem pozyskiwania klientów. Najważniejszą rolę odgrywają tu osoby określane jako „łącznicy”. To oni posiadają największą sieć kontaktów towarzyskich, dzięki czemu sami w sobie stają się niewyczerpalnym źródłem informacji a przez to kreowania ogólnej opinii.

Od przekazu ustnego, który stać się może punktem przełomowym, przechodzi Gladwell w swoich rozważaniach do bardziej złożonych relacji, powodujących zmiany w systemie myślenia najpierw jednej osoby, a później całej grupy ludzi. Analizie poddaje m.in. metody zwalczania wandalizmu czy zachęcania ludzi do szczepień przeciwko tężcowi. Pokazując jak niewiele dają tradycyjne metody, czyli karanie ludzi za malowanie graffiti czy też straszenie konsekwencjami braku szczepienia ochronnego, podaje przykłady niewielkich zmian w podejściu do ludzkich zachowań, przynoszących jednocześnie niewiarygodnie pozytywne skutki.

Wszystkie przykłady pokazują jak stosunkowo niewielka zmiana jednego z elementów środowiska wywiera ogromny wpływ na zachowania i postawy ludzi. Jeden z eksperymentów na grupie kleryków, pokazał, że wystarczy powiedzieć, że spóźnieni są na umówione spotkanie, a połowa z nich przejdzie obojętnie obok człowieka potrzebującego pomocy. Innym przykładem wpływu środowiska jest „reguła sto pięćdziesiąt”. Autor książki dowodzi, że ludziom znacznie lepiej pracuje się w grupie liczącej do 150 osób, gdy jest ich więcej praca nie przebiega tak sprawnie, ludzie oddalają się i tworzą podziały. Podobno nie da się dobrze poznać i przywiązać emocjonalnie z większą liczbą osób niż magiczne 150.

Ciekawą kwestią poruszoną w książce jest także fenomen programu dla dzieci „Ulica Sezamkowa”, który swojego czasu cieszył się przecież ogromną popularnością. Był pierwszym tego typu edukacyjnym programem telewizyjnym, oglądanym zarówno przez dzieci i dorosłych. Czemu jednak zawdzięczał tak wielki sukces ? Gladwell porównuje go także do innego, opartego na podobnych zasadach programie „Śladem Blue” który z kolei swój sukces zawdzięczał rzeczy, która wydawała się niemożliwa – powtarzaniu jednego odcinka po pięć razy.

Jak pisze sam autor :
"Punkty przełomowe są ostatecznym potwierdzeniem możliwości dokonania zmiany i siły racjonalnego działania. Rozejrzyjmy się wokół siebie. Choć nasz świat wydaje się nieruchomy i nieugięty jak skała, w rzeczywistości wcale takie nie jest. Wystarczy go lekko popchnąć – byleby w odpowiednim miejscu – i się poruszy"
Czytając książkę mamy więc okazje poznać ‘zaplecze’ społecznych epidemii, popularności pewnych trendów czy odnoszenia sukcesów przez programy telewizyjne, a więc rzeczy które przyjmujemy za naturalne, nie zastanawiając się nad powodem ani źródłem ich fenomenu.

I mała psychologiczna ciekawostka na koniec.

Spośród telewizyjnych reklam największą skuteczność osiągną te, które obrazem skłonią odbiorców do wykonania kilku pionowych ruchów głową ( np. prowadzenie wzrokiem odbijającej się piłki ). Okazuje się, że proste ruchy i zaobserwowane sygnały wywierają ogromny wpływ na nasze emocje i sposób myślenia.

Kiwamy – podświadomie akceptujemy – kupujemy ;)
.

4 października 2009

Virginia Woolf - "Flush"

Autor : Virginia Woolf
Tytuł: "Flush"
Ilość stron: 128

Przewrotna, momentami zabawna i lekka w odbiorze. Taka właśnie jest biografia „Flusha”, cocer spaniela, którego pieskie życie stało się głównym tematem książki Virginii Woolf. O autentycznym istnieniu Flusha świadczą listy, które w drugiej połowie dziewiętnastego wieku pisali do siebie brytyjska poetka Elizabeth Barret i jej mąż Robert Browning. Jak widać nie tyle sam romans, co przewijająca się w korespondencji kochanków postać Flusha, najbardziej zainteresowała panią Woolf. Czemu więc nie dać się ponieść wyobraźni i spróbować spojrzeć na świat z psiej perspektywy ?

Flush jest bowiem psem wyjątkowym. Podarowany jeszcze jako szczeniak przez pannę Mitfort pannie Barret, w bardzo krótkim czasie staje się jej najlepszym przyjacielem. Wydaje się, że rozumie i czuje więcej niż nie jeden człowiek, skłonny jest do refleksji, uczuć miłości czy zazdrości. Z czasem między nim a panną Barett zawiązuje się bardzo silna więź, oczywistym staje się, że jedno nie może być bez drugiego.

„Edukacja podobna do tej pobieranej w sypialni na tyłach domu przy Wimpole Street przemówiłaby nawet do zwyczajnego psa. Ale Flush nie był zwyczajnym psem. Był pełen wigoru, a jednocześnie skłonny do zadumy; psi, ale również wrażliwy na ludzkie uczucia. Do takiego psa atmosfera sypialni na tyłach domu przemawiała ze szczególną siłą. Nie możemy winić go za to, że jego wrażliwość została wykształcona kosztem cech bardziej męskich. To naturalne, że leżąc z głową opartą na greckim leksykonie, przestał z czasem lubić szczekanie i kąsanie; wybrał milczenie kota zamiast hałaśliwości psa, a ludzką sympatię cenił bardziej niż psią.”

Nie trudno nie dostrzec w książce typowych dla Virginii prób zagłębiania się w psychikę swoich bohaterów. Tym razem zabieg ten przyjmuje dość przewrotny charakter, bo analizie poddany zostaje psi umysł. To zaś sprawia, że powaga tematu ustępuje miejsca dobrej zabawie i nieraz wywołuje uśmiech. Jawi się bowiem czytelnikowi Flush jako pies nad wyraz delikatny, sentymentalny i wrażliwy, wyczulony na każdy dźwięk oraz ruch powietrza.

„Widać było, jak obraca się klamka ; drzwi istotnie otwierały się, ktoś wchodził. Jak dziwnie zmieniał się wtedy wygląd otoczenia ! Jakie zaczynały krążyć niezwykłe wiry dźwięków i zapachów ! Jak omywały nogi stołów i zderzały się z ostrymi krawędziami szafy !”

Równolegle z biografią Flusha, poznajemy panujące w Londynie obyczaje, także te dotyczące pozycji i znaczenia psów w społeczeństwie. Prowadzany po londyńskich ulicach na łańcuszku, Flush może czuć się zaszczycony, to łańcuszek sprawia, że nie jest zwykłym psem, że jest bezpieczny. Uliczki dziewiętnastowiecznego Londynu to bowiem obok klas bogatych, także dzielnice biedy, przestępców i złodziei. I również z nimi pewnego dnia przyjdzie się zmierzyć pannie Barett oraz jej pupilowi. Do głosu doją wówczas utarte przez społeczeństwo obyczaje i zasady, których podważać nie wypada, bo wstyd, bo hańba. Presja rodziny, uczucia Barett i znaczenie Flusha w życiu poetki, w końcu wystawione zostaną na kilka prób. Sytuacje, w których znajdzie się panna Barett wymagać będą dokonania ciężkich wyborów i podjęcia nieodwracalnych decyzji, ważnych zarówno dla ludzkiego jak i pieskiego życia.

Pozytywna i ciepła atmosfera, jaką stworzyła w swojej książce Virginia sprawia, że biografię Flusha czyta się niezwykle przyjemnie. Szkoda tylko, że przyjemność ta trwa tak krótko. Prawdę mówiąc niewielu przygodom Flusha mamy okazje towarzyszyć. Niektóre zaś można by zdecydowanie bardziej rozwinąć i poszerzyć. Bardzo szybko bowiem Flush zdobywa naszą sympatię i szkoda się z nim rozstawać. Któż bowiem nie chciałby mieć takiego sympatycznego wrażliwca u swych stóp w zbliżające się jesienne wieczory ? ;)
.

25 września 2009

Klaus Brinkbaumer - "Afrykańska odyseja"


Autor: Klaus Brinkbaumer
Tytuł: Afrykańska odyseja
Ilość stron: 258

Afrykańska odyseja z pewnością nie jest podróżą, w którą ktokolwiek chciałby wyruszyć. Towarzyszą jej strach, głód i ciągła niepewność co do miejsca finiszu. Niestety, dla wielu mieszkańców Afryki to jedyna możliwość by przeżyć, znaleźć pracę i godnie żyć.


W taką afrykańską odyseję wyruszył czternaście lat temu John Ampanem, uchodźca w Ghany. Należy do grupy szczęśliwców, którym udało się dotrzeć do 'europejskiego raju', znaleźć pracę i ułożyć sobie życie na nowo. Po latach rozłąki z rodziną, powraca jednak do opuszczonej Afryki. Wraz z niemieckim reporterem Klausem Brinkbaumerem wyrusza w swoją odyseję raz jeszcze i podążając tą samą trasą, pokazuje jak ciężkim i ryzykownym jest ona przedsięwzięciem. Efektem wspólnej wyprawy jest naładowany ogromem informacji reportaż, który porusza problem coraz powszechniejszej wśród mieszkańców Afryki emigracji.

Jako czytelnicy towarzyszymy Johnowi w jego powitaniu z rodziną w Ghanie, obserwujemy zachowania i zwyczaje tamtejszych mieszkańców. Pomimo tęsknoty i tak długiego czasu rozłąki, John musi jednak wracać do Europy by móc dalej przesyłać rodzinie pieniądze na utrzymanie. Kierujemy się więc na północ, kolejno przemierzając Togo, Benin, Nigerie, Niger, Algierie i Maroko. W każdym z tych miejsc napotykamy szereg problemów, obserwujemy biedę , chaos, brak kompetentnych urzędników. Po drodze dowiadujemy się od Johna jak ta podróż wyglądała kilkanaście lat temu, ile odwagi i determinacji wymagała. Teraz jest łatwiej, bo mając u boku białego człowieka i odpowiednią ilość pieniędzy jest się spokojniejszym i bez wątpienia bezpieczniejszym.

John Ampan przy okazji swojej powtórnej podróży prezentuje także szereg niepisanych praw jakimi rządzi się Afryka, zatytułowanych przewrotnie „afrykański dla początkujących”. Wśród nich wymienia on wszechobecną korupcja, która jest częścią afrykańskiej kultury i codzienności, ważność statusu o którym świadczyć ma posiadanie rodziny, wiara w magię i rzucanie klątw, uprzedmiotowianie miłości, interesowność w kontaktach z innymi ludźmi, w tym również z rodziną. To wszystko składa się na negatywny obraz mieszkańców Afryki, którzy pomimo narzekania na swój los, nie robią nic by go zmienić. Nie potrafią odpowiednio wykorzystać ani przysłowiowej ryby ani wędki.

W reportażu poruszone zostają także kwestie znaczenia Afryki w świecie, tego jak postrzegają ją inne kraje. Odgórna polityka, która narzucona była krajom Afryki, czas kolonializmu, niewolnictwa i wykorzystywania jej słabości wciąż zbiera swoje żniwa.
„Afryka ? Zacofana i tępa, zgięta wpół i usłużna, brudna i prymitywna – nazbyt często właśnie tak widzi się ten kontynent. I tak opisuje. I w ten sposób traktuje. Już samo utrzymywanie kolonii europejskie państwa uzasadniały rzekomą niezdolnością Afryki do samodzielnego rządzenia. Po czterech stuleciach , gdy zyski ciągnęli z niego wyłącznie inni, kontynent afrykański był rozdarty i zhańbiony.”

Dzisiejsze problemy Afryki wynikają jednak przede wszystkim z powszechnej tam nierówności, obejmowaniem władzy przez ludzi głodnych pieniędzy, niekompetentnych i skorumpowanych urzędników. Gdy inne państwa mogą się rozwijać, Afryka „wciąż jest jak sparaliżowana, bo leżała na ziemi skuta łańcuchami, gdy inni gotowali się do startu, aby rozpocząć bieg do nowoczesności.”

Nie dziwi więc, że Europa dla wielu afrykańskich emigrantów wydaje się więc być rajem, gdzie miejsc pracy jest zawsze pod dostatkiem, gdzie ludzie nie wiedzą co do głód i żyją tak jak zasługuje na to człowiek. W konfrontacji z rzeczywistością jednak bardzo często czar pryska, pozostawiając po sobie jedynie gorzkie rozczarowanie. Wielu uchodźców ma żal, że deportuje się ich z powrotem do Afryki, że wciąż wyczuwa się ich niższość, traktuje jako ludzi drugiej kategorii, gorszych i nie wartych uwagi. Pomimo tego, kierunek północ, świat po drugiej stronie morza, jest tym do którego wciąż zmierzają. Niektórym się udaje, tak jak Johnowi, który po czterech latach tułaczki wreszcie odnalazł w Europie spokój i pracę, założył nową rodzinę. Inni zaś próbują całe życie, ryzykują po kilka razy bez skutku. Bardzo często walka kończy się śmiercią. Z powodu braku pieniędzy dla nielegalnych przewoźników, z wycieńczenia, w końcu z braku wody i jedzenia nigdy nie udaje im się opuścić Afryki.

Ciężko sobie wyobrazić wszystko to, co opisuje w swojej książce Klaus Brinkbaumer. Jeśli nawet nie o samą wyobraźnie chodzi, to o fakt uświadomienia sobie zacofania i jednocześnie różnorodności Afryki. Rzut kamieniem i z miasta gdzie ludzie umierają z głodu, żyjąc w prymitywnych szałasach, przenosimy się do miejsca gdzie rozwinięta jest infrastruktura, ludzie chodzą do pracy, toczy się normalne życie. Zapewne komuś kto nigdy nie był na afrykańskim kontynencie, nie widział tego na własne oczy trudno będzie wyzbyć się poczucia fikcji. Dla mnie to wciąż abstrakcja, chociaż wiem, że przecież to wszystko fakty, przykra prawda, codzienność milionów ludzi.

I chociaż nie jest to podróż marzeń, to właśnie dla poszerzenia własnych horyzontów i podniesienia świadomości, polecam. ( oczywiście jedynie wersję książkową ;) )
.

18 września 2009

Haruki Murakami - "Na południe od granicy, na zachód od słońca"

Autor: Haruki Murakami
Tytuł: "Na południe od granicy, na zachód od słońca"
Ilość stron: 231


„Wydawało nam się, że wiele wspólnie zbudowaliśmy, ale nie udało nam się osiągnąć ani jednej rzeczy. Byliśmy zbyt szczęśliwi.”

Podobają mi się te krótkie cytaty umieszczane na okładkach książek Murakamiego. Niby małe, niby ledwo widoczne, a jednak proszące się o przeczytanie i co ważne, wbijające się w pamięć. I właśnie tych kilka prostych słów sprawiło, że sięgnęłam po książkę „Na południe od granicy, na zachód od słońca”.

Główny bohater powieści, Hajime, bardzo szczegółowo oraz otwarcie odsłania przed czytelnikiem kolejne etapy swojego życia uczuciowego. Jego początkiem, a zarazem okresem, który zostawi największy ślad w duszy Hajime, są wczesne lata szkolne. To właśnie wtedy poznaje Shimamoto, dziewczynę, z którą dyskusje na temat książek i wspólne słuchanie płyt stają się niemal rytuałem. Spędzane razem popołudnia sprawiają, że pomiędzy dwojgiem młodych ludzi nawiązuje się bardzo silna więź, balansująca na granicy przyjaźni i miłości. Niestety przeprowadzka Hajime do innego miasta i zmiana szkoły powodują, że tak bliski do tej pory kontakt pomiędzy obojgiem, urywa się.

Mijają lata, Hajime spotyka na swojej drodze kolejne dziewczyny, jednak wspomnienie o Shimamoto wciąż nie przemija. Pomimo założonej rodziny, wspaniałej żony oraz stabilnej pracy, Hajime nie czuje się szczęśliwy. Wszystko, co do tej pory udało mu się osiągnąć nie daje satysfakcji ani poczucia spełnienia. Skorupa pod którą żyje Hajime pęka gdy pewnego dnia, po ponad dwudziestu latach, próg baru, w którym pracuje Haijme przekracza piękna Shimamoto. Zaczyna się walka, walka pomiędzy tym co czuje, o czym marzy, co chciałbym zrobić, a tym co do tej pory zbudował, co powinien robić, co narzuca mu rola męża i ojca.

Proza Murakamiego nie grzeszy bogactwem, ani pod względem językowym, ani fabularnym. Nie to jest jednak najważniejsze, to nie kwiecistość języka świadczyć ma o wartości przesłania, jakie zawiera książka. Bo podobnie jak przy cytacie, proste słowa i tutaj w zupełności wystarczają. A dodatkowo w tym przypadku sprawiają, że książkę czyta się błyskawicznie, bo równie błyskawicznie pragnie się poznać koniec historii. Koniec, który jednak pozostawił u mnie lekki niedosyt. Chyba za bardzo nastawiona byłam na inne zakończenie, ale cóż, przeszłości nie da się zmienić, a puzzli życia poukładać na nowo wedle naszych marzeń.

I nie wiem, czy to co teraz napiszę przemawia na korzyść czy na niekorzyść autora, ale odniosłam wrażenie, że książkę można czytać dosłownie wszędzie. Hałas, szum, rozmowy innych osób, tłok, pośpiech, nic nie było w stanie odwrócić mojej uwagi od lektury, a co najważniejsze, sprawić abym zgubiła wątek. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że Haruki to dobry autor do autobusowych jak i pociągowych podróży. Bo przy większości innych książek cisza, spokój i skupienie to u mnie podstawa ;)

Lekturze książki towarzyszył mi także ukryty gdzieś w podświadomości głos lektora, który to serwował wcześniej moim uszom „Norwegian wood”. Nie było rady, ten sam styl prowadzenia narracji sprawił, że nie mogłam przestawić się na swój sposób czytania. Jakoś tak bezwiednie mój umysł intonował zdania podobnie jak lektor z „Norwegian wood” . Na fakt ten jednak nie narzekam, gdyż pan lektor miał bardzo ciepły, głęboki i przekonujący głos. Obawiam się jednak, że będę go słyszeć przy każdej kolejnej książce Murakamiego. ;)